i jakby się stu królów po mych łokciach przechadzało
i jakby za każdym armia tysięcy żołnierzy
z tysiącem ostrych mieczy krwią ociekających
po polach mego łona za nimi pędzą hordy
cygańskie, azteckie, czarcie wprost z hadesów,
brudnych arabów i starych piratów.
rżną się teraz w gardła sierpami, nożami
na mej pustej głowy połaciach różowych.
czy to noc już przyszła, czy po prostu tęsknię?
gdzieś szumisz mi pięknie
jeno nie wiem gdzie to
ma brzózko lichutka
podstarzała marna
i twych słów nasłucham
w potrzebie dziecięcej
do ściany przykładam
szklanki długie lejce
czasem nocą w wieczór
jesienne kapanie
słyszę twoje szepty
dalekie i smutne
nie wiem czy cię gonić
czy ciebie zostawić
czy ty mnie zostawisz
i siebie się zlęknę
a król swojej żonie palce u stóp uciął
gdy nad królestwem zawisła chmura naburzona
czarna, nocna, straszna, i wietrza w dodatku
a matki dzieciom oczy wykłuwały nożami tępymi
w tę noc co się na królestwem gradobicie rwało,
potworną noc o zmierzchu wcześniejszym
a bracia swym młodszym serca wyrywali
siekierami ostrymi przez żebra, tej nocy
straszliwej, gdy to poranek miał przyjść dużo później
a wiedział król by królowa uciekać nie mogła
by prędzej ją dopadło i wiecej nie męczyło
potworne oblicze potwornego sługi
a wiedziały matki by dzieci nie patrzyły
gdy przyjdzie tą nocą paskudztwo najgorsze
aby nie widziały z czyjej łapy giną
a wiedzieli bracia by młodsi im bracia
nie musieli ginąć w okropnych męczarniach
gdy się tą potworną nocą pojawi Sammael.
jak to się uczucie
(mym okiem haniebnym)
pięknie posługuje
(mym słowem potrzebnym)
mym sercem niewielkim
(moim złotym słowem)
moim sercem słabym
(moim wiecznym żalem)
nad ołtarzyk stawia
(a stawia się ostro!)
moją twarz i barki
(twarz gładka, jedwabna)
aby mnie zapraszać
(barki dumne, jasne)
ku świecowym żarom
(wypalcie mi język!)
a ile to wesprze
(ach, głupie dziecinnie)
się na mym ramieniu
(ach, błahe nieszczęśnie)
nie otartych oczu
(ach, płytkie daremnie)
i słów nie zmówionych
(ach, naiwnie piękne)
i kolumn nie ostrych
(w dłoni mej kolczatka)
i dłoni niesfornych
(w ustach mych żyletki)
i bękarcich płodów
(w domu mym skorpiony)
co pod ziemią zgniją
(w pościeli mej węże)
i tylko mi się
martwić teraz pozostanie
co zrobić gdy w nienawiść
obróci się kochanie?
a korą nie są te myśli zgrubiałe
pośrodku ciemnych lochów bez cygaret w ręku
masz znak żółte niebo na nim czarne słońce
gdy się douczali magowie i wiedźmy
jakie rzucać czary by w karły przemieniać
tyś się uczył chodzić boso po moym ścierwie
a wodą się leczą z gruźlicy a żytem
się leczą z duru i cholery
a płuca me się leczą z nikotyny wódką.
Ach! Dawno już w mych palcach nie było radości,
aż tyle co tu, dziś, o tej porze,
aż tyle pieszczoty, wesołej nadziei.
Ach! Dawno już nie mogę odnaleźć,
aż tylu wiosen jednej srogiej zimy,
aż tylu potoków na pustyni sarej,
aż tylu słów chwały w pijackiej mej mordzie!
I daj mi to jeszcze, codzień, coraz więcej!
I wpraw moje dłonie w ponowne chwalenie!
A spisz mnie codziennie, głowę mi odbieraj,
niech szałów mam setki jednej krótkiej chwili,
niech zbrodni popełniam by mieć me natchnienie,
niech palę, niech zgniję, niech nigdy nie wrócę,
a jakby mnie cudo znów to pomaczało!
A wsadz pióro w dłoń moją, wieczne zapatrzenie!
A jednak się ciało moje wolno spala,
mimo drżących ogniów, buchających krzycznie,
się to moje cielsko, tak tłuste, tak małe,
wolno jako woda spopiela w tym stogu.
A jednak się ciało powoli wykrwawia,
chożby się te rany więcej otworzyły,
a już od tych noży od stopy po głowy,
a umiera wolno, jakoby cemente.
A mimo zdziwienia wolno się rozkłada
me cielsko ogromne, takie-takie małe,
chociaż, że po trzewiu mnie gryzą bulwiaste
robale me ciało świeżuśkie jak iskra.
Ależ to zdziwienie, lecz wolno się spada,
takiem mojem cielskiem ciężkim, takiem lekkiem,
gdy spod ciała widać bitą, skalną ziemię,
a to lecie, lecie, jak ciele oporne.
A tako to, mara, wieczne zapatrzenie,
jak wiatrów nad pola się słuchać zachciewa,
jak obaw, przeklętych, mych trwóg i niewiary,
mych zębów smoczastych , i palców pajęczych.
I warzyw z ogona strząsanych.
rosną wielkim promieniem w siłę
wojownicy z marsa, co ich płyty ciał mają niewiele,
a suknie piersi nie kryją a wcale.
budują mosty czułe na dotyk policzka pośród
gdzieś wzburzonych sił atlantyckich,
a długo, a długo, a mężnie, a patrzeć tylko.
rosną wielkim promieniem w siłę
co im nie dane było mieszkać w swej matce,
imperialiści z innej, brzydszej ziemi.
Ależ Cię, me kwiaty, mocno zwyzywałem,
i mimo pokory serca, gości ducha,
jedno mnie zamartwia, jedno niepokoi,
że nie ma Mesjasza twoja dusza sucha.
A jeden był jako, żem go zawykochał,
blond kryształ, marzenie moje wniebowzięte!
Ach! Jakie on miał wyrwy w sercu mojem!
Ach! Te szczypty orgi w oczach niepojęte!
A jeden był taki co mi liście zrywał,
a mówił o kwiatach najcudniejszych z cudnych,
a się narumienił by mnie nie zakochać,
a się naczerwienił w swych łapskach obłudnych!
A jeden był taki co mi głowie zelżył,
choć zatrwał króciutko, chwilę mnie odebrał,
to me ciało cudnie się w grzeszkach poczuło,
całą mą Holandię w jedną masę zebrał.
Ależ Ciebie, kwiaty uschnięte wciąż widzę,
ależ się ja z Tobą gorzko zagmatwałem,
ależ mnie zabawia Twoje odstąpienie,
ależ Cię, me kwiaty, mocno zwyzywałem!
a rechotem żaby witają się z sobą,
chód mają zaś kaczy, nieboże pokraki,
dziobami bocianie się kłują po cichu.
ocze swe bałuszą jak zdziwione sroki,
po mału jak ślimak kierują się w okna,
głupie jak owady co lecą od światła.
a rechotem żaby seplenią do siebie,
jak w czasach bywało, jak jest i jak będzie,
a chciwi są gorzej niż ryby w swym głodzie.
A się uwielbiają zaciągnąć z papierosem
płuca atletyków, i śmiechu pełne usta, pełne twego dymu,
a się ponad oczy unoszą me dusze, ponad ziemie, w górę.
A się lubią wykochać przesadnie do bólu
organy klasztorów niby co się z genitaliem
w leprę i cholerę, i również nad oczy przechodzą.
A się lubią napoić z tetry owocami,
spazmowe, speluny, wiodą się wątroby najlżej uśmiechnięte
i z domów ascetów na uliczne ścieki, i też w górę.
Dasz wiarę, że gdy Ciebie się ogody stawiały,
ja jeszcze na huśtawce z słonecznikiem w ręku
bujanym przez matke matek moich stryjów,
a Ciebie wtedy właśnie cegły murowali.
Dasz wiarę, że gdy Tobie się obrączka z palca ześlizgała,
ja jeszcze niedosyt miałem szaleństw mej młodości,
i się wdzięczyć mocno, niechlujnie, zapalczywie,
a Ciebie się wtedy z palca obrączka zchodziła.
Dasz wiarę, że jeszcze gdy po Tobie kamykiem sypali,
ja się nie ugiąłem i serca zrywałem,
z szarpaniem poległem nie raz z moim ciałem,
a Ciebie się wtedy trumna ostawała.
A z całej mej przykrości, z sercem tak ogromnym,
nie czuję już myśli, tylko płakać umiem,
już wielkości mojej nad Ciebie nie starcza,
by poczuć, wyrazić jak mocno Cię pragnę.
By użyć mych słów by Tobie zrozumieć,
że nie chcę, nie umiem Ciebie zranić, choćbym
innym raz za razem językiem tłumaczył
tylko Ciebie kocham, tylko Ty mi ważny,
tylko Tobie się moje scerce w róż przemienia
i się zza kolorów czarny, sponad kruków
w zebry, a z zeber w pawie się wyróżnia.
I tylko nam trzeba Twojej dogodności,
abyś słów swych umiał zamienić w prawdziwość,
abyś słów mych zechciał w prawdziwości przyjąć,
abyś życzeń naszych poważnie traktował.
Ach, jakże Cię kocham.
Śnię, lub też czuwam za Twym wybaczeniem,
i choć Ty nie wiesz, nie czujesz tak bardzo,
jak z moich ust nigdny nie jest kłamstwo,
a zawsze prawda ku Twym uszy zwraca.
Czuwam, lub też konam za Twym wybaczeniem,
gdy pragnąć mi wiecej nic już nie potrzeba,
prócz ust Twoich, prócz Twojej miłości,
a tylko mnie zobacz jak szczerze przepraszam.
A słów mych nie starczy by Ciebie przeprosić,
a czynów nie zdołam by Ci wynagrodzić,
a obięć nie trafię by Ciebie przekonać.
A ust nie mam tylu by Cię zacałować,
a w nogach sił tylu by za Tobą pobiec,
a tylko mi wybacz, a wszystko przetrzymam.
A jak kochać pragnę Ciebie przez te czasy,
i przez tamte czasów wcześniejsze przypadki,
i czasów co będą, i tych co nie przyjdą,
i czasów co czasem chciałyby się zdarzyć.
A Ciebie całować, a Ciebie mieć tutaj,
a Ciebie wciąż widzieć i z Tobą usypiać,
a Ciebie tak tęskno wspominać, gdy nocą
spać mi przyjdzie w łóżku bez Ciebie przy sobie.
I czasów gdy Ciebie chciałbym bardzo widzieć,
i czasów gdy widzieć Cię mogę do woli,
i czasów gdy kochać się chcemy upojnie,
i czasów gdy kochać możemy się mocno.
Jednorożce popłyną, kiedy sfruną noże,
na rzezi się stopią ich lodowe serca,
w ten rytm bicia dzwonów się prędko uśmiechną
od lewej strony rogu, do prawej jego strony,
zmęczą się w tym walcu, do kości się zmęczą.
Kopyt stukot w blachę, rozebrzmi namiętność,
a spotkasz i takie co nóg więcej mają,
rogi wbiją w brzuchy swych sióstr oraz braci,
aż po ich oczętach zwykle śnieżnobiałych
spłyną łzy czerwone strugą od ich powiek.
Aż wreszcie, gdy porą odpowiednią padną,
bez sił się powiją po bladym cemencie,
ich ciała zdyszane od drogi ciernistej,
rogi im Bóg wyrwie świecące już słabo
z mózgami lekkimi, małymi, głupimi.
A znały plemiona dawne, słów dawniejszych znaczenia,
a historii ledwo opisać umiały tak pięknie,
a czci oddawały bogom jeszcze uprzedniejszym.
I rybacy co wcześniej też ryby łowili,
i nie trzba im bylo móić jak sieci zaplatać,
i ryb ni to więcej, ni mniej nałapywali.
A matki swe dzieci w wiekach średnich kochały,
a tak jak matki greczynki i matki wojenki,
płakały za dziećmi gdy te umierały w katuszach.
A zewsząd się zbiera teraz na ochydę,
spod czarnych paznokci całkiem połamanych
wyłażą robaki tak cudnie bulwiaste,
wgryzają się w oczy ciał porozkładanych.
I z każdego miejsca w otrzewiach się ciągną,
zębiska swe małe, lśniące i błyszczące
wbijają w żrenice, wpełzają i plują
zżerając me ciało tak jeszcze gorące.
A było się widzisz, kurwo, zakochiwać?!
Potrzebna tak bardzo była ta komora?!
Do gazu, do gazu, do gazu potwora!
Odkochać nie raczy, a kochać nie może,
ratuj swoje dziecko drogocenny Boże!
Będą teraz śmieci, kurwo, wykrzykiwać!
Jak się miewasz dzisiaj mój dawny kochanku?
Czy ust Twych w ciemności smak umiałbym poznać?
Czy czule tak dziś, jak mnie zwykły całować?
Czy pięknie jak kiedyś mnie, potrafią kochać?
Jak dziś Ci się żyje, moje dawne bóstwo?
Czy wraz z Twymi dłońmi nadal idzie lato?
Czy od stup po uszy nadal podniecają?
Czy gładko jak mnie kiedyś, one dotykają?
Jak teraz Ci leci czas dawne me słońce?
Czy głos Twój jest inny, choć wciąż był dojrzały?
Czy gdybym usłyszał wiedziałbym, że Twój to?
Czy kogoś nim wielbisz, tak jak mnie zazwyczaj?
I jak teraz kochasz, jak wielbisz, czy mocniej?
Czy myśli Twe lepsze są od niegdysiejszych?
Czy usta nie ranią? Czy słowa nie kłamią?
A dłonie nie biją? Czy wiesz już swe błędy?
Perseo, masz, widzisz, zadatki na księcia prawdziwego,
bo i Meduzy głowę ściąłeś w tarczy lustrze,
i swą najdroższą jak cudo do skały przykutą,
a tak nagusieńką,
wydobyć zdołałeś.
Masz drogi Perseo gwiazdę pośród bogów,
a bogowie pośród ciebie błyski.
Cudny, a jak widzisz, nie umknie się woli olimpijskiej
żadna siła, czy heros, czy król.
A jak własną córkę na śmierć skazał pan twój,
a ty powróciwszy do łona publiki,
gdy cię zapewne chyżo skandowali,
jak tłum wiwat, brawo, bili się w roskoszy,
a lew lwu niejeden głowę odgryzł całą,
z krwi i twój król, dziad twój, twoja scheda,
co matkę piękną twoją, co niejeden chciał jej,
więzić kazał, lecz za zgodą, sprawką Dzeus raczył spłynąć,
i jej posiać złotem po łonie gładziutkim,
a jak wtedy Akrizjos, bez żadnej pociechy,
bez słowa ją kazał wraz z tobą w jej łonie nietkniętym,
leciutkim, tak białym,
wrzucić i popłynąć aż do waszej Troi pięknej,
gdzie Ci wielce lepiej żyć się nie zadało,
lecz, ah bogów w twoim życiu obecność cudowna,
że tam właśnie tym dyskiem, tym dyskiem,
tak ciężkim z twych ramion silnych i cudownych,
tym dyskiem, tym dyskiem ostrym i tak zeusowym,
tak jakoby się wbił w hermesa sandały
- ah, boski, jak dobrześ ty wiedział zapłata co znaczy -
i dyskiem, a z dyskiem z głowy twego pana, dziada twego
trysnęła krew silnie, tak pięknie,
po twarzach publiki.
Perseo, masz, widzisz, zadatki na księcia prawdziwego.
Jestem cytrusem.
Ścisnij mnie - wycisnij,
a kiedy już dojdę,
z ust twoich na moje kolana ślina się posączy.
To ja jestem dymem,
co gdy się zaciągasz, a później nadymasz
z twych ust wylatuje,
z posykiem cichym,
z twych płuc narkotycznych.
Ja jestem ogrodem.
I wierz mi,
lub nie wierz,
co na mnie posiejesz
po trzykroć porodzę.
A jabłek takich jak z mojego łona
nigdzie nie uraczysz.
A na szczep ten padło cudowne przekleństwo,
gdy monarcha swe dzieci zabijał dla władzy
i z żądzy krwi co go do wiecznosci prowadziła.
A jak dzwony biły, gdy dziecko swe piersią
karmiła - a z piersi nie mleko, lecz trutka płynęła
na szczury czarna, gorzka z matczynej miłości.
A drwal dzieciom swoim odrąbywał głowy
z pasji, patrzył jak latają od słupa do słupa,
a jak mu pięknie w sercu gdy o litość błagały.
biegnij ruda dziwko
w swojem sercu twarda
coś jakby nie chciała
nie mogła pokochać
kiedy memu słowu
dosięgną me myśli
a kiedy mym myślom
dosięgną me czyny
trwonisz moje życie
płacę cenę zwykłą
za dziwne zachcianki
twojego umysłu